Szlak Legend Puszczy Zielonki – 12 tajemniczych historii dla turystów | naszazielonka.pl

Wprowadzenie

Na terenie Puszcza Zielonka powstał tematyczny szlak turystyczny – Szlak Legend Puszczy Zielonki – który łączy 12 miejsc owianych legendą. Trasa została przygotowana z myślą o pieszych i rodzinnych wycieczkach. Na trasie postawiono tablice z opisami legend oraz dostępna jest książka-opracowanie „Legendy Puszczy Zielonki”.

Mapa Legend

Opis – jak dojechać

Góra Anny 52°28’48.11″N 17°0’40.80″E

W gęstych lasach, które do dziś otaczają miejscowość Czerwonak, przed wieloma wiekami żył potężny niedźwiedź, słynący z wielkiej odwagi. Zwierzyna leśna uważała go za króla i darzyła wielkim szacunkiem. Pewnego dnia przemierzał on daleką drogę, na sam szczyt wysokiej góry. Wtem strzała myśliwego przebiła mu łapę i ciało przeszył wielki ból! Zaryczał przeraźliwie, a echo niosło jego ryk po okolicy. Strzała tkwiła głęboko i żadnym sposobem nie potrafił jej wyjąć. Nagle dostrzegł dziewczynę, która wśród leśnych krzaków szukała jagód. Nadzieja zagościła w niedźwiedzim sercu, choć nie był pewny, czy może liczyć na pomoc. Anna (bo takie miała imię) bardzo się przestraszyła, gdy zobaczyła, że niedźwiedź wyciąga ku niej zranioną łapę! Ale był taki bezradny i prosił o ratunek. Jak mogłaby pozostać obojętna! Wyciągnęła strzałę z łapy, obmyła ranę i opatrzyła ją leczniczymi ziołami. Pogłaskała na pocieszenie niedźwiedzi łeb, a wówczas stało się coś niezwykłego! Przed sobą ujrzała pięknego, młodego rycerza – jak ze snu. Przetarła oczy, zanim uwierzyła, że to prawda! Ciążące na rycerzu zaklęcie zostało dzięki Annie odwrócone. Młodzieniec ukryty w niedźwiedziej skórze odzyskał wolność i zdobył serce pięknej dziewczyny. Na wielkim weselu bawili się wszyscy, a na pamiątkę zdarzenia góra do dziś nazywana jest Górą Anny lub Dziewiczą Górą.


Jak władcy poobiadowali 52°28’36.0″N 17°14’56.8″E

Dawno, dawno temu, w wielkich lasach, spotkali się trzej książęta: Lech, Czech i Rus. Najstarszy z nich, Lech, zaprosił braci do grodu zwanego Gnieznem, niedaleko Poznania. Jechali długo przez puszczę pełną drzew sosnowych, ogromnych dębów, rozłożystych buków, złocistych brzóz. Ciągnęli ze sobą ciężkie wozy. Tak ciężkie, że koła zapadały się w piasku i trawie. Leśne zwierzęta, małe i duże, wystraszone dziwnym hałasem uciekały do swoich kryjówek. Ale oto nadeszła pora odpoczynku. Na pięknej, zielonej polanie przygotowano wspaniałą ucztę. Służba dworska rozpaliła ogniska, w ciężkich garnkach upiekła mięsa, częstowała słodkim miodem. Biesiadnikom było bardzo wesoło i chętnie opowiadali o swoich niezwykłych przygodach. Czas mijał szybko, dzień powoli zbliżał się ku końcowi, a do Gniezna droga była jeszcze daleka! Książę Lech powiedział zatem: „Drodzy bracia i wojownicy, musimy ruszać, aby zdążyć przed zachodem słońca!”. Wszyscy zgodnie zaczęli przygotowywać się do odjazdu i wtedy niespodziewanie młodszy książę o imieniu Czech zwrócił się do towarzyszy takimi słowami: „Wesoło bawiliśmy się i smacznie jedliśmy na tej leśnej polanie, nadajmy jej więc nazwę na pamiątkę naszego spotkania”. Pomysł bardzo się spodobał, nie było końca głośnym rozmowom o najodpowiedniejszej nazwie. Wreszcie któryś z wędrowców (dziś już nikt nie pamięta który), głośno wykrzyknął: „Niechaj to będą Pobiedziska!”. Wszyscy, absolutnie wszyscy wyrazili zgodę i obiecali, że zawsze na polanie zwanej Pobiedziskami zatrzymywać się będą w podróży na pyszny obiad! Tak oto powstało miasteczko, które do dziś nosi nazwę wybraną przed wiekami. Zawsze tu znajdziecie lasy, jeziora, smaczne jedzenie i życzliwych ludzi!


Karczma „Maruszka” 52°32’1.19″N 17°3’37.00″E

Historia ta zdarzyła się dawno temu, w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. O wielkiej miłości pruskiego oficera i Zosi szumią do dziś stare dęby. Kurt von Bamberg (tak zwał się oficer) przyjechał pewnego razu na manewry wojskowe do Biedruska, niedaleko Poznania. Cieszył się z tego bardzo, uciekał bowiem przed nieurodziwą Brunhildą, którą rodzice wybrali mu na żonę. Młodzi wojskowi spędzali czas w koszarach, rozmawiając oraz ćwicząc sztukę wojenną. Kurt powoli zapominał o bogatej, ale niemiłej jego sercu Brunhildzie! Wieczorową porą oficerowie wyruszyli dla rozrywki do karczmy „Maruszka”. Droga była daleka, a karczma stała w puszczy, przy skrzyżowaniu dróg do Kicina i Dąbrówki Kościelnej. Słynęła z dobrego piwa i pysznego mięsiwa. Tego właśnie potrzebowali żołnierze! Gdy do zebranych dołączyli grajkowie, w karczmie zapanował wielki gwar i radość. Tańcom nie było końca, ale Kurt, nie ruszając się z miejsca, patrzył tylko na Zosię – roześmianą, piękną córkę miejscowego drwala. Od tej chwili przepadli oboje! Połączyła ich miłość tak wielka, że nie mogli bez siebie żyć. Pod starym dębem każdego wieczoru, trzymając się za ręce, mówili słowa gorące jak ich serca. Obiecali sobie, że zawsze już będą razem. Czas płynął, a manewry wojskowe dobiegały końca. Młodych kochanków ogarnęła rozpacz! Zosia, córka prostego drwala, nie mogłaby poślubić Kurta, syna margrabiowskiego rodu! Postanowili więc zginąć razem i nigdy się już nie rozstawać. Tak też uczynili – pod ukochanym dębem, nieopodal karczmy „Maruszka” pochowano dwa ciała z kulami rewolwerowymi w sercach.

Kiszkowski zegarek 52°35’24.94″N 17°15’23.56″E


Legenda o królu i turze 52°34’10.58″N 17°14’42.76″E

Przed wieloma wiekami król Polski Kazimierz III zwany Wielkim, ostatni z dynastii Piastów, postanowił wybrać się na wielkie polowanie. Zwierzyny łownej w lasach żyło wówczas wiele, a król był wybornym myśliwym. Często przybywał do starego grodu zwanego Gnieznem. Nieopodal rozciągała się Puszcza Zielonka – kraina wielkich drzew, nieprzebytych kniei, pełna wszelkich zwierząt i ptaków. Nic więc dziwnego, że król Kazimierz, przy okazji pobytu w Gnieźnie, udał się na łowy w towarzystwie swoich wojów. Tak się zapędził w tej puszczy, tak się zagalopował, że samotnie odszedł daleko, daleko od towarzyszy. Oj, biada być samemu w tak wielkim lesie! Rozejrzał się zdumiony i przerażony – nagle naprzeciw władcy stanął olbrzymi tur. Spojrzeli sobie w oczy, przed walką nie było ucieczki! Król Kazimierz był potężnym mężczyzną, ale i tak długo, z wielkim trudem mierzył się z ogromnym turem. Powalił go wreszcie i ocalił swoje życie. Wielce uradowany rzekł do swoich wojów: „Na pamiątkę mojego zwycięstwa założę w tym miejscu osadę, zwaną Turostowo”. I tak Kazimierz III okazał się nie tylko wielkim, ale też odważnym i mądrym władcą.


Legenda o skockim herbie 52°40’14.62″N 17°8’53.01″E

Daleko, daleko w zamku na niewielkiej górze mieszkała piękna kasztelanka. Zamek otaczały ogromne, dębowe lasy, pełne zwierzyny i owoców leśnych. Między drzewami kryły się jeziora połączone rzeką zwaną dzisiaj Małą Wełną. Kasztelanka miała kapryśny charakter i chociaż wielu rycerzy pragnęło ją poślubić, żadnemu to się nie udawało! Sprawę bardzo utrudniała rzeka płynąca przy murach obronnych. Kasztelan, ojciec dziewczyny, zmęczony nieudanymi staraniami zalotników ogłosił turniej tylko dla odważnych! Postanowił, że rycerz, który przeskoczy rzekę, zostanie z jego błogosławieństwem mężem kasztelanki. Rozpoczęły się zatem zawody. Wielu rycerzy zginęło w rwących wodach, tak, że na koniec pozostało jedynie dwóch najdzielniejszych. Pierwszy do walki stanął rycerz silny w zmaganiach na miecze i kopie. Znano go także z okrucieństwa wobec wrogów i braku litości dla poddanych. W czarnej zbroi na czarnym koniu wyglądał groźnie. Pomimo siły i odwagi nie przeskoczył rzeki, ginąc na zawsze w jej spienionym nurcie. Ostatni zalotnik, zwany Białym Rycerzem, w złotej zbroi na białym koniu wyglądał pięknie. Mówiono o nim, że jest dobry i mądry. Białemu Rycerzowi udał się wspaniały skok przez rzekę i tak został zwycięzcą turnieju! Na zamku odbyło się wielkie wesele kasztelanki i rycerza. Wokół zamku zaczęli osiedlać się kupcy i rzemieślnicy, powstała osada, a potem miasteczko. Na pamiątkę turnieju i skoków przez rzekę mieszkańcy nadali mu nazwę Skoki, a w herbie umieścili srebrną końską podkowę oraz złotą ostrogę rycerską, które to Rycerz zgubił oddając swój zwycięski skok przez rzekę.


O Lechu, linie i Lechlinie 52°42’22.79″N 17°8’57.31″E

Wiele długich lat minęło od chwili, gdy trzej bracia, książęta słowiańscy, postanowili się rozstać i poszukać własnych terenów. Jak przystało na dorosłych już ludzi dobrze wiedzieli, czego chcą. Rus ruszył na wschód, Czech na południe, a Lech pozostał w zielonej dolinie, z jeziorami i pagórkami naokoło. Nieopodal rósł potężny dąb z gniazdem orła bielika na szczycie. Tak bardzo spodobał się Lechowi, że ten zdecydował właśnie orła przyjąć za herb swego ludu, a wokół dębu zbudować osadę zwaną odtąd Gnieznem. Mieszkańcy osady żyli spokojnie i szczęśliwie, łowili ryby, polowali w lasach na zwierzynę. Tak też pewnego wieczoru dotarli nad piękne jezioro, pełne ryb. Liny, bo tak zwane były owe ryby, ogromnie wszystkim smakowały. Każdy chwalił i zachwycał się nimi. Mimo wspaniałej wieczerzy czas naglił i zbliżały się łowy. Książę Lech przed odjazdem postanowił nazwać to miejsce na pamiątkę miłych chwil. Wojowie zgodnie przystali na nazwę Lechlin. Po dziś dzień mieszkańcy wsi Lechlin pamiętają, że przed wiekami książę Lech łowił tu liny, ucztując z radością do późnej nocy.


Śpiące wojsko Królowej Jadwigi 52°36’34.5″N 16°56’56.8″E


Strachy z Babicy 52°28’14.0″N 17°04’43.9″E

Z dawien dawna wędrowcy przybywający z krajów bliskich i dalekich, od strony Wierzonki, do drewnianego kościoła w Wierzenicy mówili, że w Babicy straszy! Babica to piękny, głęboki wąwóz, przez który dawniej prowadziła wąska, błotnista droga. Wszyscy wiedzieli, że w wąwozie tym zawsze straszyło i kusiło. Każdej nocy słychać było tu dziwne płacze i jęki, zapalały się i gasły światełka. Kobiety mieszkające w pobliżu opowiadały swoim dzieciom, że to wszystko sprawka błądzących i pokutujących dusz z pobliskiego Żalika i cmentarza przy kościele. Wąwóz Babica porastały gęsto drzewa, było tam zawsze ciemno, zupełnie inaczej niż na drogach i polach. Wędrowcy słysząc odgłosy wiatru, płynącej wody, przebiegających zwierząt, bali się bardzo, myśląc o nieszczęsnych duszach. Wszystko wydawało się przerażające: kawałki drewna oświetlone księżycem, świecące nocą świetliki, straszne dźwięki psocących się chłopców. Mieli oni prawdziwą zabawę: stukali, świecili i hałasowali, po to tylko, by innych przestraszyć! Nikt nie wie, czy w Babicy naprawdę pokutują zbłąkane dusze. Ludzie jednak mówią, że i dzisiaj strach tamtędy przechodzić.


Tajemniczy słup koło Zielonki 52°32’33.4″N 17°06’59.1″E

W XVIII wieku, tak dawno temu, że najstarsi ludzie już tego nie pamiętają, niedaleko Poznania powstała osada olędrów. Byli to ludzie bardzo odważni i niezwykle pracowici. W pocie czoła karczowali lasy, osuszali bagna i użyźniali piaszczyste tereny, by mieć pola i pastwiska. W połowie drogi między dzisiejszą Zielonką a Czernicami wybudowali drewniane domy z pięknymi dachami z trzciny lub słomy. Żyli spokojnie, ale jedno nie pozwalało im spać po nocach! Ogromnie bali się pożaru, który mógł zniszczyć cały ich dobytek i zniweczyć ciężką pracę. Osada olędrów była przecież całkowicie drewniana! Cóż było robić… Najstarsi ludzie we wsi pamiętali doskonale, że od ognia skutecznie chroni święty Wawrzyniec. Postawili zatem wysoki słup z drewna modrzewiowego, a na nim piękną figurę świętego, misternie wykonaną przez najlepszego rzemieślnika w całej okolicy. Ponoć święty Wawrzyniec przypalany był w ogniu żywcem. Słup ze świętym na szczycie dobrze chronił osadę pracowitych olędrów przez długie lata. Kiedy jednak gospodarze postanowili zmienić swoje miejsce do życia zabrali, tak ważną dla nich figurę. Drewniany święty Wawrzyniec powędrował dalej, a na miejscu pozostał opuszczony słup. Stoi tak i niezmiennie od lat wydaje się coraz bardziej tajemniczy!

Zatopione Miasto 52°28’34.4″N 17°11’07.2″E

Przed wiekami, niedaleko Pobiedzisk, było sobie małe miasteczko, leżące nad jeziorem. Mieszkali w nim krawcy, tkacze, garncarze i piekarze. Ciężko pracowali, a swoje wyroby dostarczali do okolicznych osad. Wydawało się, że mieszkańcy to dobrzy, życzliwi i pomocni ludzie. Przybycie ubogiego wędrowca pokazało, że były to jedynie pozory. Głodny i zmęczony drogą szukał noclegu. Niestety, żaden z mieszkańców nie pośpieszył mu z pomocą, odstraszali go ostrymi słowami, a nawet grozili pobiciem! Biedny samotnik ruszył w dalszą podróż z nadzieją na spotkanie dobrego człowieka gdzieś dalej. Nie mylił się! Na zielonym pagórku niedaleko jeziora zobaczył mały, zadbany domek. W ogródku rosły kwiaty, a z gałęzi drzew zwisały słodkie owoce. „Tu na pewno mieszka ktoś miły”, pomyślał. Kobieta, która otworzyła drzwi, spojrzała serdecznie i zaprosiła wędrowca do środka. Poczęstowała przybysza gorącą zupą i świeżym chlebem, wysłuchała smutnej opowieści i pocieszyła. Dobrze bowiem rozumiała, jak ważna jest w życiu pomoc biednym i potrzebującym. Opuszczając gościnny dom, wędrowiec wbił w ogrodzie laskę z lipowego drewna. Poprosił kobietę, aby zawsze dbała o piękną lipę, która z tej gałęzi wyrośnie. Obiecał też, że dzięki temu drzewku miasto będzie się rozwijało w dobrobycie. Jak powiedział, tak się stało! Mieszkańcy budowali nowe domy i pomagali coraz starszej kobiecie, która przed śmiercią przekazała im swój dobytek oraz wspaniałą lipę. Niestety sąsiedzi bardzo krótko pamiętali o szlachetnym drzewku. Ich serca pełne były jedynie pychy i chęci wzbogacania się. Pewnego smutnego, pochmurnego dnia jeden z nich postanowił ściąć lipę. Gdy siekiery zbliżyły się do drzewka, nad miastem zaczęła szaleć groźna burza! Woda z pobliskiego jeziora zalała domy i zatopiła niewdzięcznych mieszkańców. Ocalał jedynie domek dobrej kobiety. Od tamtej pory słychać dobiegające z wód jeziora, nazwanego Kowalskim, odgłosy dawnego, miejskiego życia, tajemnicze dźwięki płynące z głębin…


Złoty Tron 52°24’51.0″N 17°04’25.6″E

Tomek
Author: Tomek